Blog > Komentarze do wpisu

Ona nie chciała do trójkąta

Dawniejszy szpital księżnej Doroty stoi nadal, choć pacjenta w nim nie uświadczysz, za to z sufitów i ścian sfruwają niczym ptaszki, kawałki odpadającej farby, pająki dziergają pajęczyny liczone na setki i kilometry, a po korytarzach hula wiatr z kurzem pod rękę. Podobno ma być lepiej, ale póki co jest co jest.

Nie dziwota, że dostając pozwoleństwo, zaanektowaliśmy obiekt na chwil parę i nie tylko. Było na czym obiektywy zatrzymać! Pracowaliśmy zespołowo i indywidualnie.


Mnie prowadziło i na górę i na dół, i po lewo, i prawo. Zwalniając co raz migawkę, przypomniała mi się opowiastka, którą to gminne wieści niosły.

Dawno, dawno temu, do szpitala Księżnej Doroty przywieziono rannego wojaka. Chłopina był mocno zniszczony i łapiduchy ostro wzięły się do roboty, by zatrzymać w nim ducha, co to już się wybierał za światełkiem w tunelu.

W trudzie i znoju połatali biedaka jak mogli, a gdy już ostatni supełek został zawiązany, przenieśli jegomościa do sali i położyli na łożu. Leżał więc sobie spokojnie, ( chłopina i bandaż), i nie wadził (póki co) nikomu. Co jakiś czas, siostra w białym fartuchu podchodziła do łóżka, spoglądała na pacjenta, twarz do jego ust nachylała, i nie o amory tu chodziło, jeno o to, czy dycha jeszcze czy już nie. Dychał, choć prawdę powiedziawszy nie powinien był.

Dni kilka tak za prawie nieboszczyka robił, a na sali, pacjenci w lepszej kondycji, zakłady zaczęli robić. Czy wyżyje czy ducha wyzionie. Nudzili się, więc taki hazardzik trochę im rozrywki dostarczał.

Niedoszły umarlak, (znaczy się wojak), zawziął się, i nie tylko nie umarł, ale gdy się przebudził, pić zażądał, a potem i jadło pochłaniał w takich ilościach, że biedny zaopatrzeniowiec kuchni szpitalnej prawie z torbami poszedł.

Zdrowiał nasz pacjent z dnia na dzień, i w miarę polepszenia na ciele, i duch w niego wstępował śmielszy. Konstanty mu było na imię, a nazwiska podania nie podają.

Tak więc, dobrzał w szpitalu Doroty Konstanty. Z tygodnia na tydzień lepiej mu było i na spacery po parku już zaczynał bez kul chadzać. Siostrzyczki chętnie mu towarzyszyły, (na wszelki wypadek, gdyby pogorszenie zdrowia nadeszło), a on nie oponował. To Brunhilda, to Gertruda, to Zenobia, to Dorota (nie mylić z Księżną Dorotą) przechadzały się z nim po ścieżkach ogrodowych, a bywało że i nad Bóbr się zapędzali i z oczu ludziom schodzili.


Czy schodzili gdzieś dalej, co robili, a czego nie, tego przesłania nie podają. Podają za to, że najczęściej owa Dorota chadzała z nim i tu i tam, aż i personel wyższy i ten niższy, i pacjenci płci obojga, zaczęli szeptać, że tych dwoje coś więcej łączy niż troska o zdrowie i dobrą kondycję!

Nie byłoby w tym nic złego, bo siostra Dorota stanu wolnego, ale Konstanty przyrzeczony narzeczonej podobno był, i było już po słowie.


Malagenia jej było na imię, i od lat kilku czekała na narzeczonego, który poszedł w kamasze i nie wracał, choć inni już dawno wrócili i pod pierzynami swoje niewiasty dowartościowywali.

Konstantemu widać nie śpiesznie do domu było, bo wedle lekarzy zdrów miał być, a on co raz to nowe dolegliwości zgłaszał.

I tak Konstanty z Dorotą chadzali sobie, a narzeczona gdzieś tam wyglądała i oczy za Kostusiem wypłakiwała.

Miłość wielka się w nich rozpaliła, i aż przypieka i tu i tam, więc pożar gasić im przyszło za pomocą ślubu. Bo Konstanty miłość Dorocie wyznał, o rękę poprosił, i odmowy nie usłyszał, a Dorota, nie usłyszała, że Konstanty narzeczony i to nie jej, że Malagenia w oknie stoi, tęsknie na drogę spogląda, i co raz bardziej wkurzona zaczyna śledztwo prowadzić, (celem odnalezienia narzeczonego żywego lub martwego).


Coś jej się tam zaczęło kołatać w rozumie, że może Konstanty gdzieś jakąś nadobną niewiastę spotkał i wracać nie zamierza, więc tym bardziej zawzięła się by go odnaleźć. Szczęście w nieszczęściu nieszczęsna miała, i kolegę narzeczonego jak raz spotkała. Ten również rany otrzymał na wojnie, do szpitala Dorotowego trafił, i z Konstantym na jednej sali leżał.

Wydobrzał szybko, poleżał krótko, ale na tyle długo, że widział amory kumpla, i jego z siostrami po ścieżkach i chaszczach chadzanie. Czy to ze złości, czy z zazdrości, ale wypaplał wszystko kobicie, łącznie z adresem i wiadomością, że zdrajca Konstanty w śluby idzie z niejaką Dorotą!

Wkurzyła się do białości Malagenia, spakowała co najpotrzebniejsze (w tym flintę po tacie kłusowniku) i ruszyła, niewiernego i jego flamę pokarać za łajdactwo!

Nieświadomą Dorotę w suknię białą przystrajają, welon na głowę upinają,


i prowadzą do kaplicy, a pan młody (fakt, że prawie dwa razy starszy, ale tak bywa jak uciech na mózg padną)


drugim korytarzem biegusiem pomyka ku lubej.

I nic się nie stało, tylko to, że małżeństwo zostało zawarte, i państwo młodzi na sesję zdjęciową się udali!

A że Dorota miała kupę znajomych, to i oni na zdjęcia się załapali.

 


Zdjęcia dla potomności zrobiono, i gdy państwo młodzi mieli udać się by skonsumować (już na legalu) związek, drzwi się otworzyły i stanęła w nich Malagenia umęczona podróżą, z wściekłością w oczach i flintą (po tacie kłusowniku) w rękach.

Konstanty oczy wytrzeszczył, Dorota aż za oblicze się złapała.

- Ty niewierny, ty zdrajco, ty łajzo, ty padalcu beznogi!!! - zakrzykiwała z rozpaczą i wściekłością Malagenia, jednocześnie repetując flintę – młódki ci się zachciało? (tu trzeba nadmienić, że siostra Dorota byłą nawet więcej niż trochę młodsza od Malagenii, która się trochę wiekowo posunęła, czekając na niewiernego) - Już ja ci dam młódkę!!!

I tu Dorotę małżonkę ruszyło!

- A ty kto? I czego się drze? - zawołała zbulwersowana Dorota – to mąż mój, a ja żona jego, i poszła ty stąd!! Nam się spieszy do konsumpcji, prawda Kościu?- zapytała męża żona.

Konstanty zaniemówił, bo wiedział czego się po wkurzonej Malagenii można spodziewać, i w myślach już zaczął układać sobie wytłumaczenie.

- Kto ja?- zawszeszczała zdradzona kobita – jam Malagenia, jego osobista narzeczona!

- Kochanie!!! - zaszeptał słodko wystraszony narzeczono- małżonek – to wcale nie jest tak, jak na to wygląda. i... - i nie dokończył,


Malagenia wypaliła z dwururki w głowię niewiernego kochanka, a potem załatwiła sprawę z siostrą Dorotą, wystrzeliwując jej piękną dziurę między biustem.

Niedawni państwo młodzi, a teraz małżonkowie, osunęli się martwi na posadzkę, a Malagenia sprawdziła czy należycie trafiła. Utwierdziwszy się, że oboje trup, odetchnęła z ulgą i ruszyła po schodach do wyjścia, a że było to piętro i schodów kupa, i że były betonowe a Malagenia ubrana w długą czarną suknię (na okoliczność żałoby po Konstantym), nie trzeba być jasnowidzem, żeby wiedzieć, że zaplącze się biedula w kieckę, potknie na schodach i spadnie na twarz aż do samego parteru.


Było dokładnie jak powyżej! Spadła nie tylko na twarz, ale na całą siebie i na śmierć!

I tak to zamiast dwóch nieboszczyków, w zaświaty wybrała się cała trójka!.

Ludzie długo gadali że zabójczyni spadła ze schodów w ramach kary z natychmiastowym wykonaniem i to nie tylko za robienie dziur flintą taty kłusownika, ale za to, że taka cnotliwa też nie była, bo czekanie umilała sobie krótkimi znajomościami bez zobowiązań.

Mawiano też, że najbardziej wkurzeni byli lekarze, bo narobili się przy Konstantym jak głupki, a ten dał się ustrzelić jak jeleń! Mawiano też, że nocami, przy pełni księżyca, słychać na szpitalnych korytarzach kłótnie kochanków, a niekiedy nawet i strzały. Byli i tacy, co widzieli białą i czarną postać, które zawodziły z żalu za niewiernym kochankiem.

I taka właśnie historyjka po umyśle mi się plątała, gdy zwalniałam po raz enty migawkę. Cicho było, żądne jęki i żale nie przeszkadzały więc pstrykałam ile się dało.

- Niezła jatka musiała tu być. - pomyślałam - ciekawa jestem czy to przy tym oknie Malagenia ubiła małżonków? - zastanawiałam się spoglądając na wielgachne okno, a że ładnie światło się z niego sączyło, to pstryknęłam mu focię.

Wchodząc do kolejnej sali (w poszukiwani dobrego kadru) spojrzałam na ekranik w aparacie, bo lubię wiedzieć co wyszło. Okno prezentowało się pięknie, tyle że w kadr mi ktoś wlazł? Tylko jakim cudem go nie zauważyłam? Dałam sobie spokój z myśleniem, bo łuszcząca się farba robiła całkiem niezły wzorek. Pstryk! Sprawdziłam rezultat, fajnie.


- Zaraz! Przecież ta baba przy oknie jest w kiecce, a u nas wszyscy mają portki! Jak jeden chłop i baba! - dotarła do mnie dziwna prawda! No to kto to? Zrobiło mi się deczko nieswojo.

Może zejść na dół? Słychać głosy więc nasi tam są – pomyślałam i ruszyłam cicho po schodach.
- Stój!!!! - usłyszałam z korytarza na dole. Na wszelki wypadek zatrzymałam się, choć za czorta nie wiem po co.

- Stój ty wywłoko, ty kreaturo, ty łajzo, ty nierządnico!!! Obcego chłopa ci się zachciało??? Ja cię zabiję, zaszlachtuję, uduszę, potnę i utopię! Ty ladacznico! - wrzeszczał głos nadal, choć nawet nie drgnęłam.
- Odwal się!! - odkrzyczał drugi głos, jakby młodszy – coś się uparła babo durna!!! Przecież żem nie wiedziała że on zajęty! Jego się czepiaj, nie mnie! I nie groź mi idiotko, bo przecież już raz mnie zabiłaś! Ile razy byś chciała mnie ubijać? To jednorazowy wyczyn, ty ciemna maso!
- Jednorazowy czy nie, to nie ważne, dość, że skuteczny!

-zachichotał głos starszy – ale ci niezłą dziurkę w biuście odpaliłam! Z takim felerem nie masz szans na kochasia.
- A ty myślisz że masz? - spytał głos młodszy – przecież się połamałaś tak, że aż ci kości klekoczą. Chłopy nie lubią gruchotów.
Stałam na schodach nieruchomo jak żona Lota, i nie mogłam
uwierzyć w to co słyszałam. Któreś z naszych tak się kłócą? O jakiegoś chłopa? Kurna, czy one zdurniały? Tak na forum, nie mogły poczekać? Przecież zaraz kończymy zajęcia? Już miałam zakaszleć dyskretnie by się uciszyły, gdy doszło do mnie zdanie, które podniosło mi owłosienie na głowie, i nie tylko!
- A tak na marginesie. Czy Konstantego gdzieś ostatnio widziałaś? - zagadał już spokojniej głos starszy.
- A wiesz że nie. Od kilkudziesięciu lat, jakoś go nie widuję, a ty?- odpowiedziała pytaniem na pytanie młodsza.
- Od wieków go nie widziałam, chyba mnie unika albo i co? - zastanawiała się starsza.
- No tak, my się tu obie chandryczymy o niego jak jakieś nawiedzone, a toto gdzieś się szlaja i ma w poważaniu nas obie! Przecież tak naprawdę to on winien! Ciebie puścił kantem, mnie wrobił w bigamię, a sam pewniakiem kolejną idiotkę duchową obrabia! Powinnyśmy mu obie wspólnie dać co mu się należy. Co ty na to? - zapytał spokojnie starszy głos.
- Jestem za! Niech się tylko pojawi! Obie mamy z nim rachunki do wyrównania, więc czas wypłacić należność! - zadecydował młodszy głos – a poza tym, Dorota jestem. Dla przyjaciół Dorcia!

- A ja Malagenia, dla przyjaciół Malcia. - odpowiedział głos starszy.
- Dłużej już nie mogłam! Ktoś wyraźnie robił mnie w konia i myślał że dam się nabrać!!!

 Już miałam stąpnąć po kolejnych schodach, drzwi otworzyć i ryknąć w głąb korytarza, że nabrać to nie mnie, gdy poczułam jakby ktoś otarł się o mnie, a za chwilę drzwi na parter się otworzyły się samoistnie.

Przeciągi? - zdziwiłam się bo na schodach wiatru nie czułam, za to znowu poczułam się nieswojo. Wolno zeszłam na dół i spojrzałam przez szybę w drzwiach na korytarz. Przy oknie ktoś stał, a że był pod światło, widziałam tylko obrys postaci.


Klasyczna konturówka – pomyślałam i strzeliłam migawką. Postać przy oknie odwróciła się profilem do mnie, a całością twarzy w głąb korytarza.

- Konstanty???!!!!- usłyszałam gromki głos w dwugłosie.

Mężczyzna konturowy znieruchomiał i po chwili wydał z siebie odgłos, coś jakby …o k...wa! Nie tu miałem zaparkować!

- Malagenia?!!, Dorotka?! A skąd wy tu.... i nie dokończywszy pytania ruszył biegiem w głąb korytarza.

- Dorcia! Z lewego go bierz, z lewego!! Łap drania! Łap łajzę niewierną!!! - rozlegał się głos starszy, w akompaniamencie stukotu butów.

Gapiłam się w drzwi, i to co zobaczyłam wstrząsnęło mną niczym tąpnięcie sejsmiczne o sile 100 czegoś tam.

Najpierw obok szyby przebiegło coś białego, a za białym coś czarnego! Chłop zniknął. Wyglądało, że zniknął tylko z moich oczu bo z korytarza głosy się niosły takie, że aż farba leciała ze ścian!-Melcia, Melcia, mam go! Trzymam! Szybciej bo się wywinie!! - wrzeszczał młodszy głos.


- Puszczaj bo mi głowę urwiesz! Odczep się babo! - krzyczał głos wyraźnie męski. Potem usłyszałam chlaśnięcie i ciąg dalszy męskiego biadolenia.

-Ałaaaaa! W twarz? w twarz??? Kobieta mnie bije... - i tu szloch niemęski jakby się rozległ.

- Od niej dostałeś po pysku, a ode mnie po mordzie! Ty amancie z Bożej łaski – do dialogu włączył się głos starszo-damski i po chwili rozległo się kolejne chlaśnięcie i kolejne...., Ałaaaaa!!!!

- Za co? Za co? - dopytywał się głos męski.

- Jeszcze się pytasz ty zdrajco? Za oszustwa matrymonialne, za bigamię, za zdradę i za ucieczkę, i że się tyle naczekałam, i że tatuś sierotą został! - wyjaśnił ze złością głos starszy. I jeszcze za to że do ślubu poszłam z nieswoim chłopem, że dałeś się zastrzelić przed nocą poślubną, że wdowę ze mnie w młodym wieku zrobiłeś, i że nikczemny byłeś i jesteś! - dodał głos młodszy. Masz szczęście że już nie żyjesz, bobyśmy cię ubiły jak sabakę, a tak, to tylko w konfesjonale w kaplicy szpitalnej cię zamkniemy, i nie licz że uciekniesz. Już my mamy sposób byś posiedział tam czas jakiś, i to bez bab!!!

Nie wytrzymałam. Ciekawość jadła mnie niczym mrówki Telimenę, więc uchyliłam cicho drzwi i wyjrzałam na korytarz.

Półmrok już panował, więc tylko w skąpym świetle zachodzącego dnia, zobaczyłam niewyraźne trzy postacie, Dwie kobiece, bo w kieckach długich, a trzecia wyglądała na faceta i to w kapeluszu!Patrząc na to pomyślałam.

Czyżby to Malagenia, siostra Dorota i Konstanty w formie duchów tu się zapędzili? Stare kąty powspominać przyszli? Dać sobie po razie za dawne czasy?

Wyglądało jednak, że obie damy się skumały, do jednej bramki grają i to do bramki Konstantego!


Skoro tak to biedny chłop! Co prawda menda, ale chłop! Co mógł poradzić że kochliwy był?

Schowałam się za gzymsik, i dalej fotki pstrykać! Malagenia w oknie, Dorota w welonie po korytarzu sunąca, Konstanty pod rękę z wdową, i Malagenia, i...., i nic więcej nie zrobiłam, bo drzwi z trzaskiem się otworzyły, i reszta rozgadanego, balansowego towarzystwa dołączyła do mnie.

- Cicho, bo się...., - chciałam powiedzieć że duchy się spłoszą, ale spojrzawszy w głąb korytarza nie dostrzegłam nikogo.

Wszyscy ucichli i spojrzeli na mnie pytająco.

- Bo się duchy przestraszą – dokończyłam, a całe towarzystwo wybuchnęło śmiechem.

- A może Kostusia spotkałaś? - zapytała Trenerka i zarechotała rozbawiona.

- Tak, i kazał was pozdrowić – zakomunikowałam z uśmiechem, że niby to taki żarcik jest.

A może to był i żarcik? Tylko kogo? Zajęcia okazały się udane, i każdy z kompletem fajnych fotek zameldował się na czwartkowych zajęciach. Co przynieśli pozostali balansowicze?

Sami zobaczcie (post poniżej), bo ja naprawdę już nie wiem czy żart to był, czy "trójkąt po przejściach" wrócił z zaświatów na sesję zdjęciową?

niedziela, 30 października 2016, sekcjabalans
Komentarze
2016/11/05 19:50:54
I sesja udana, i powiastka kapitalna! :-))))
-
2016/11/06 10:33:50
Świetna opowieść, zilustrowana świetnymi zdjęciami. Malagenia stylowa bardzo!!! :))
-
2016/11/10 09:51:39
Świetna opowieść i świetne zdjęcia.